środa, 11 lutego 2015

Problem? No problem!

Nad Chingolą zawisły czarne chmury. Tak nisko, że wydawało mi się, że mogę je sięgnąć ręką. Wszystko zaczęło się od burzy, która spaliła nam kable z modemem. Tej, po której prąd pojawiał się i znikał, a dzieci z oratorium bolała głowa, bo deszcz i piorun były szybsze, niż ich nogi. Później wysiadła nam pompa i znów nie było wody. Ale w środę rano dotarła do nas dobra wiadomość: w Lusace czekają na odbiór gotowe permity. Zdziwiłyśmy się, bo minęło zaledwie pół roku od złożenia wniosku, więc sprawy przebiegły wyjątkowo szybko. No problem?

Dwadzieścia minut później siedzimy już w białym jeepie księdza Sławka i ruszamy do Lusaki, by stawić czoła zambijskiej biurokracji. Francis trzaska gwałtownie białymi drzwiami czterokołowej puszki z napisem Toyota, która chwilę później jest już za bramą Don Bosco Youth Centre. Ksiądz Sławek ledwie włącza pierwszą płytę Arki Noego, kiedy przednia szyba zderza się ze ścianą deszczu. Gdyby nie ruchy w górę, w dół i na boki, miałabym wątpliwość, czy w ogóle się poruszamy. Po kilku godzinach przebijamy się przez ten afrykański sztorm. No problem – jeep i kierowcy dali radę.

Lusaka wita nas zapachem rozkładających się śmieci i dusznymi oparami z porannego deszczu. Dworzec autobusowy w stolicy Zambii wygląda jak polski osiedlowy rynek. Jego większa część schowana jest pod zadaszeniem z zielonej blachy, pod którą kolorowy tłum ludzi faluje wśród rozgrzanego, drgającego powietrza. Pozbijane z desek stragany uginają się od mango, puszek z Coca-Colą, pojemników z jajkami na twardo lub używanych telefonów komórkowych. To, co nie mieści się na deskach, zobaczysz na głowie i ramionach handlarzy. Znajdzie się tu wszystko: kolorowe chitengi, paski do spodni, szczotka do toalety albo słuchawki. Żaden przechodzień nie umknie uwadze zambijskich kupców, a szczególnie biały. Całe szczęście, po piętnastu minutach udowadniania, że nie potrzebujemy nowej pary kąpielowych klapków, przychodzi Jackson i zabiera nas do biura emigracyjnego.

W biurze – no problem. Podpis i permit odebrany. Za wyjątkiem tego Karoliny, który albo się zagubił, albo jeszcze nie jest gotowy. Nikt nic nie wie i nie bardzo wie, jak się dowiedzieć. Urzędnik o aparycji zagotowanego czajnika próbuje coś wyjaśnić o deportacji i pieczątkach, ale Jackson daje znak, że wychodzimy. Musimy wrócić jak najszybciej do Chingoli, bo kończy się wiza i tylko tam możemy ją przedłużyć. Pytamy Jacksona, czy podwiezie nas następnego dnia rano na dworzec. „No problem! Kiedy tylko chcecie!” – mówi. „Dobrze, czy o 6 lub 7 będzie ok? Chcemy jak najszybciej wrócić.” „No problem! Będę o 8.30.” I tak następnego dnia o 10.00 znajdujemy się z powrotem na dworcu.

Ze znalezieniem busa do Chingoli oczywiście nie ma żadnego problemu. Jeszcze przed wejściem na teren zastawiony warkoczącymi autokarami otacza nas wianuszek „pomocników”. „Madame! Madame! Where are you going? Livingstone? Madame! Bus is there! Madame!” – słychać zewsząd. Pomimo tych zachęcających okrzyków, staram się koncentrować raczej na tym, co widać, niż słychać. W końcu dostrzegam drewniane stoisko koloru zielonego spełniające rolę kasy biletowej. Widzę napis „Chingola”. Wtórujący pomocnik zapewnia mnie, że mogę tam dowiedzieć się czegoś o transporcie do Chingoli. Podobno niewiele autokarów jedzie w stronę naszego miasta. Okazuje się, że jeden z nich odjeżdża za godzinę, więc decydujemy się kupić bilety. Odnajdujemy pusty autokar. Kierowca zapewnia nas jednak, że odjazd będzie za godzinę. Po godzinie przekonuje, że odjeżdżamy za dziesięć minut. I tak przez kolejne siedem godzin.

Najpierw zaciskam zęby. Patrzę przez okno i widzę, jak tragarze zanoszą foliowe pakunki do bagażnika równoległego autokaru. Rozglądają się, otwierają worek i wykradają z niego orzeszki ziemne, garść za garścią do kieszeni. W tym momencie jakiś z handlarzy wkłada przez moje okno szczotkę do toalety – chce ją sprzedać. Kiedy udaje mi się przekonać go, że jej nie potrzebuję, dociera do moich oczu widok dwóch biegnących mężczyzn. Jeden ucieka i wydaje dźwięk przypominający pisk małego szczeniaka, a drugi go goni i okłada po plecach kawałkiem ciemnobrązowej deski. Nagle orientuję się, że handlarz zegarków, który właśnie wszedł do autokaru, proponuje mi zakup podrobionego Timexa, a chwilę po tym przykłada swój telefon komórkowy na wprost mojej twarzy i robi zdjęcie. Ledwie udaje mi się zareagować protestem, kiedy przez okno słyszę „Madame! Może ciastka? Kup ode mnie!”. W końcu zaciskam uszy. Głośna muzyka i nieprzerwany warkot autokarów, uzupełniany ciągłymi zaczepkami sprzedawców stają się już trudne do zniesienia. Wzmagający upał powoduje, że w końcu zaciskam oczy. Ktoś zaczepia mnie przez okno, proponując kolejną rzecz, której tylko może zapragnąć… ciało. Bo dusza pragnie w tym momencie jedynie tego, by otworzyć oczy w dowolnym miejscu Europy.

W końcu ruszamy. Po siedemnastu godzinach wreszcie jesteśmy w Chingoli. Następnego dnia, przy podbijaniu wizy, dowiadujemy się, że nie dostaniemy zambijskich dowodów. To znaczy, że jadąc na święta do Lufubu, nie przejedziemy tranzytem przez Kongo. Musimy objechać granicę dookoła.

Jest tydzień przed Wigilią. Trzeci miesiąc misji. Gdybym przyjechała tu dla siebie, właśnie pakowałabym walizki i wracała do domu. Przypominają mi się słowa, które kiedyś gdzieś przeczytałam: „Nie mów swojemu Bogu, że masz wielki problem. Powiedz swojemu problemowi, że masz wielkiego Boga”.


Zostaję. Nie dlatego, że chcę tego ja, ale dlatego, że chciał tego Bóg. A ja Mu zaufałam. To On daje siłę, by każdego dnia trwać dalej. 

czwartek, 25 grudnia 2014

Czas wyjątkowy

24 grudnia, a ja na stopach mam sandały zamiast kozaków. W jadalni stoi sztuczna choinka, która tu nie pasuje i bałwan z drutu i firanki, który nie pasuje jeszcze bardziej. Wokół nie bardzo rozumieją, po co lepimy te dziwne pierogi i pieczemy drożdżowe babki. Zza okna słychać kosiarkę, a nie skrobaczkę do samochodowych szyb. W sklepach gra amerykański rap, a nie kolędy. A o opłatku to tu nikt nie słyszał. Niewiele wskazuje na to, że jest Wigilia. Ale dziś w nocy narodzi się Bóg. I nieważne, czy jesteś w domu, w pracy, czy na drugim końcu świata. On jest wszędzie i przenika wszystko.

Dzień przed wigilią pomyślałam, że nawet nie obejrzę mojego ulubionego świątecznego filmu. I pół żartem-pół serio, poprosiłam Pana Boga o mały wigilijny cud. Pięć minut później dostałam kwit z informacją, że na poczcie czeka na mnie list. Jak się okazało, list ze świąteczną kartką, życzeniami i... filmami - a wśród nich ten mój ulubiony. :)

Życzę Ci, aby mały Pan Jezus narodził się w Twoim sercu, a wraz z nim – mały(a) Ty. Żeby te serce posklejał i poukładał. Proś Go, jak dziecko, o wszystko. On czeka na Ciebie zawsze i wszędzie. Nie obwinia, nie osądza, nie wypomina. Chce Twojego szczęścia. Życzę Ci spełnienia marzeń, szczerej, dziecięcej radości i pokoju. Niech ten świąteczny czas będzie wyjątkowy.




niedziela, 7 grudnia 2014

Co w trawie piszczy


Po gwarnym popołudniu i upale wyciskającym z tkanek ostatnie krople życia, przyszedł czas na wytchnienie. Buczy mi jeszcze w uszach: „iłee!” („człowieku!”) z oratorium. Ale jest już spokojniej, boisko opustoszało. Słońce przypominające dużą ognistą pomarańczę leniwie chowa się za drzewa. Prawa stopa na zmianę z lewą stopniowo przesuwa suchy grunt do tyłu. Niepewne kroki prowadzą nas po zakurzonej słomianej murawie do piłki nożnej. Wzrok na dobre tonie w kolorowej mozaice nad horyzontem. Niebo szybko przyjmuje barwy coraz ciemniejszego granatu, jak przy kolejnych muśnięciach pędzla. Bzzzzzzz! Stary znajomy przysiadł na moim lewym ramieniu. Wpadł na kolację. Przybijam mu piątkę. Trafiony.

Piski, ćwierki, szumy… Wygląda na to, że w Afryce prawdziwe życie zaczyna się po zmroku. Im ciemniej, tym głośniej. Uszy mam już otwarte na oścież. Oczy też, ale ich wysiłek staje się raczej daremny.

Świst, cyk, PSTRYK! Pod cienką podeszwą prawego klapka czuję coś okrągłego i twardego. Po chwili niepewności przyjmuję, że to kamień. Głęboki oddech. „No już spokojnie, przecież to nie busz, nic tu nie ma!” –  rzucam mimowolnie, ku pokrzepieniu serc. Stuk-puk, bum, chrzęst, TRZASK. Coś zimnego i zwinnego przebiegło mi po stopie. Valk over! Boisko zajęte. Wracam do domu.

W korytarzu wita mnie kilkunogie, czarne stworzenie o wielkości ¾ dłoni. Wisi przyczepione do ściany na wysokości półtorej metra. Płaskie - to znaczy bezpieczne. I podobno miłe, bo zjada komary. Przysuwam się na wszelki wypadek do przeciwległej szafy i wspinam po schodach w błyskawicznym tempie. Pośpiesznie otwieram drzwi z numerem 26. Jestem u siebie. Bezpieczna. Chyba.

22.32. Na maila odpowiem jutro, bo nie mam już siły. Zmęczenie skutecznie skleja mi oczy. Ale rytmiczny turkot metalowych kół i klakson otwiera je na nowo. To pociąg. W Zambii mają pociągi! Otrzeźwiony umysł podpowiada, że można by było już zgasić światło. Rzucam przelotne spojrzenie na sufit. Mrugam trzy razy, bo się rusza, a ja nie do końca ufam już dziś moim zmęczonym oczom. Niewielki, pulsujący punkt przesuwa się stopniowo z godziny szóstej na dwunastą. „Pawłowska, bez histerii, przecież cię nie zje. Zgaś światło i idź spać” – podpowiada mi moje drugie „ja”. „Co ty gadasz! Twój pokój jest za mały na was dwoje!” – szybko kwituje go pierwsze i rzuca klapkiem do góry. Próbę ponawia kilkukrotnie, po czym podskakuje rozglądając się po podłodze. Beżowo-czarny jegomość o wielkości dwóch pudełek po zapałkach, kieruje się właśnie w stronę szafy. Macha swoim czarnym szpiczastym odwłokiem w górę i w dół. Tak po prostu, jakby był u siebie. Ostatnie pożegnanie następuje po szóstym brawurowym ciosie japonkiem. Nie wiem, kim był i czego chciał. Ale teraz mogę przynajmniej zgasić już światło.

Rano, na śniadanie - miód… na serce: pogawędka tematyczna pod tytułem „co w trawie piszczy”. Okazuje się, że jest tego całkiem  sporo. Cykady, koniki polne, żaby, czasami kobra lub żółta mamba. Węże pełzające i skaczące. Podobno pachną jak rozgotowany ryż i czasami lubią wejść do domu. "Tak, były u nas w ogrodzie. Jednego nie złapaliśmy, pewnie gdzieś łazi. Może wyjdzie jak zacznie regularnie padać. Karaluchy, latające mrówki to nic takiego, ale te komary… Nie dość, że upierdliwe, to wredne. Z tą malarią to przesadzają. No i skorpiony. Tak, są. Te małe, czarne są najgorsze".

Ja, która zawsze chcę wiedzieć i rozumieć wszystko w szczegółach, zmieniam zdanie. Niewiedza bywa jednak wielkim błogosławieństwem. :)


EDIT: Wczoraj wieczorem brother Joseph (Wietnamczyk) znalazł węża na parterze naszego domu. Był młody i mały - miał zaledwie metr długości. Joseph zabił go klapkiem. Podobno wystarczy uderzyć w głowę i po wszystkim. Mamy dać znać, kiedy zobaczymy jakiegoś większego, to poszerzymy naszą dietę o dodatkowe danie: "wąż po wietnamsku". Sezon na wężobranie uważam za otwarty! :D

czwartek, 20 listopada 2014

Afrykańska bryza

To taki dźwięk, jakby wiatr gwałtownie szargał koronami drzew w środku lasu. Albo podobny do szumu morza w trakcie sztormu, kiedy nie słychać pojedynczych fal, tylko wszystkie razem. Dzisiaj przypomina mi warkot silnika koparki. Regularny, niczym nie przerywany, dochodzący gdzieś z daleka.

Później lekki podmuch zimnego powietrza smaga mój prawy policzek. Intuicyjnie przerzucam ciężar na lewą stronę ciała, ale chłód nie daje za wygraną: zajmuje tył mojej głowy. Spostrzegam, że leżę pod kocem. Musiałam przykryć się nim w nocy. Czyżby wczorajsza wichura się wzmogła?


Przesuwam w kierunku telefonu prawą rękę. Waży tyle, co trzy cegły. Rzucam leniwe spojrzenie na wyświetlacz: pięć minut do alarmu. W pokoju szaro, jakby słońce dopiero miało zamiar wstać. Jakoś inaczej. Coś jest nie tak. 


Podnoszę plecy z prześcieradła i uchylam lewy dolny róg zasłony. Przez rozwarte z trudem powieki dociera do mnie przyczyna tych dziwnych okoliczności.To deszcz. Leje, jak z dużej, siwej konewki. 


Zaczyna się pora deszczowa. 

I więcej powietrza w powietrzu. Czuje to dziś mój zimny nos.

środa, 19 listopada 2014

Oscar, wróć!

POSZUKIWANY!




Chłopiec. Lat dwanaście. Około 140 centymetrów wzrostu i trzydzieści kilogramów wagi, tak na oko. Skóra koloru mlecznej czekolady, z nieregularnymi szlaczkami kurzu na przedramieniu i łydkach. Nogi cienkie, ale zwinne. Wystają zazwyczaj spod granatowych spodenek do kolan. Tych z trzema dziurami wielkości pięciozłotówek w miejscu lewej kieszeni, i jedną dużą dziurą, w kroku. Albo spod tych spodni o długości powyżej kostek, z bawełny w kolorze betonu, piżamowych. 
Nosi niebieskie polo, mniej więcej trzy rozmiary za duże. Czasami zmienia je na biały T-shirt z żółtymi gwiazdkami na brzuchu. Skurczony lub po prostu za mały. Ma czarne, krótkie na szerokość paznokcia włosy, które układają się w pęczki o kształcie sprężynek. Są sztywne i szorstkie jak pumeks.

Ta niewielka, drobna postać ma w zwyczaju poruszać się boso. Przy odrobinie szczęścia można zaobserwować ją w butach trekkingowych przed kostkę. Takich z przewiewem w podeszwie i skrzydełkami z odrywającego się rzepu. Nosi je zawsze wtedy, kiedy jest jego kolej: na zmianę z bratem i kolegami z sąsiedztwa.

Lubi grać w piłkę nożną. I trenować kung-fu. Lubi też grać w koszykówkę. I rozmawiać. I uczyć Białych języka bemba. I bujać się na żelaznych huśtawkach. I wchodzić na drzewa, by zerwać świeże mango. Nie lubi badmintona i ping-ponga.

Ma na imię Oscar. Kiedy go powitasz, odpowie, że ma się dobrze. A kiedy zapytasz, jak się miewa, odpowie "tak".

Znaki szczególne:

Oczy. Duże i wdzięczne. Uśmiech często zagina je w zewnętrznych kącikach. Są białe jak kartka papieru, z źrenicami podobnymi do rodzynek.

Głos. Cienki jak brzdęk świerszcza i słodki, jak sok z malin. Sprytnie wślizguje się do uszu i przeszywa przyjemnym dreszczem całe ciało od głowy do stóp. Ma w sobie jakąś niezrozumiałą właściwość, która powoduje, że od razu chce się go przytulić.

Uśmiech. Na Oscara! Zawieszony od lewego do prawego ucha. Odsłania dwa rzędy białych, świecących perełek. Promieniują tak silnie, że gaśnie każdy smutek. Po takim widoku bezsens nie ma szans. Znów rozumiem, po co tu jestem. Znowu mam siłę i chęci.


Oscara nie ma w oratorium od trzech tygodni. Jeśli ktoś go widział, proszę, dajcie znać. Powiedzcie Mu, że na niego czekamy. Otworzyłyśmy świetlicę. Mamy kartki i kredki. I biblioteczkę z książkami. Chciałybyśmy mu pokazać. I porzucać razem piłkę do kosza. Albo znów poćwiczyć podania przy bramce...

Oscar, wróć!


Tęsknimy…


(1.12.2014) EDIT : Wrócił. Cały, zdrowy i uśmiechnięty. :)

czwartek, 6 listopada 2014

Dzień ZA-DUSZNY

Sobota. Day off, więc śpię trochę dłużej. Do 6.30. O poranku wita mnie 30 kresek na termometrze i piekące słońce, które jak terrorysta wdziera mi się do oczu. Prawy dolny róg ekranu komputera informuje, że dziś 1 listopada. Przecieram oczy i niedowierzam. Listopad. Wszystkich Świętych! Jestem gapą. Niestety, do świętości jeszcze mi bardzo daleko...

W soboty mamy dzień wolny. Nikt nie wspomina o wyprawie na cmentarz, więc, żeby nie zapuścić już do reszty korzeni w placówce, wychodzimy po śniadaniu i Mszy Świętej do miasta, na zwiady.

Dopinam rzepy w brązowych sandałach, a na nos zakładam okulary przeciwsłoneczne. Za bramą okazuje się, że stoi tu ze swoim zielonym jeepem Ignacias – wolontariusz DB Youth Centre. Podrzuca nas do centrum, bo właśnie jedzie w tamtym kierunku. Mijamy Shoprite. Próg sklepu wita klientów dużym napisem „Toy Wonderland”. Nowa promocja? Nie. Święta. To znaczy Boże Narodzenie. Okazuje się, że cały sklep obklejony jest w świąteczne łańcuchy i bombki. Można kupić sztuczną choinkę i posłuchać świątecznej muzyki wybierając masło. Zambia w świątecznej gorączce wyprzedziła Europę. Dosłownie. Bo gorąc rozkłada na łopatki nas wszystkich.
Właśnie się na nie osuwam. Jestem zmieszana. Przecież mamy pierwszy listopada -  Wszystkich Świętych! Jutro są Zaduszki, wspomnienie zmarłych. Czas wyciszenia, skupienia i pamięci. Wokół nie ma żadnego akcentu, który mógłby nam o tym przypomnieć.

W niedzielę brother Joseph proponuje nam wyjście na cmentarz. Jest chyba jedyną osobą w naszym otoczeniu, która pomyślała, że odwiedzić zmarłych to właściwie dobra rzecz. W końcu jest dzień zaduszny. Jak się wydaje, za duszny na spacer na cmentarz dla większości ludzi.

Nekropolia w Chingoli wygląda jak obrośnięte pole. Krzaki, krzaczki, i piach. Tu i ówdzie stoi drzewo i kilka nagrobków podobnych do naszych, z kamienia. Ale większość grobów to okrągłe kopce o średnicy około metra, czarne, usypane jakby z popiołu. Z metalową tabliczką w kształcie przypominającym krzyż, z zatartym napisem. Trzeba uważać, bo łatwo zejść z tej cmentarnej planszy ścieżek i niespodziewanie wejść na grób. Jest jeden wspólny pierwiastek polskiego i zambijskiego cmentarza: kolory. Z tą jednak różnicą, że źródłem zambijskich są porozrzucane papierki po batonikach, a nie spalające się knoty zniczy.

Zwyczaj pamięci o zmarłych znacznie odbiega tu od naszego. Przede wszystkim – na cmentarzu nie ma tłumów. Z kolei ci, którzy zgromadzili się w przycmentarnej kaplicy, oczywiście bardzo dobrze się bawią. Przy bębnach i radosnych śpiewach. To prawdziwe świętowanie ze zmarłymi. Chwilami zastanawiam się, czy od tego hałasu nie ożyją i nie wstaną z grobów. Nieprawdopodobne, ile radości można znaleźć na cmentarzu. Trochę to zawstydzające, bo wygląda tak, jakby zmarli byli bardziej żywotni od nas – żyjących.

Afrykanom na pewno możemy pozazdrościć dwóch rzeczy – radości i nadziei. Takich prostych i na co dzień. Przecież śmierć to tylko część życia, a czas, który mamy teraz, jest właśnie po to, by go doceniać i się nim cieszyć. To dar. Jak go lepiej wykorzystać?

Kartka z kalendarza

Ostatnio w Zambii dużo się dzieje. 

Niekoniecznie dlatego, że co raz częściej mamy burze i generatory prądu wyładowują się razem z atmosferą. Albo dlatego, że od dwóch tygodni kran służy za dekorację z powodu braku wody i biegamy po placówce z wiadrami. Nie dlatego, że szturmują nas codziennie bezlitosne latające mrówki. I komary, które po zmierzchu wirują w swoim opętańczym tańcu zaraz przy moim uchu. Ani dlatego, że gdzieś w ogrodzie grasuje żółta mamba i wieczorem mój własny cień płata mi figle, kiedy udaje, że chce mnie zaatakować. To afrykańska codzienność. Burze, brak wody, brak prądu, współzawodnictwo z robakami i wężami, to chleb powszedni. Nic szczególnego. To spokojna, afrykańska egzystencja. To swobodny rytm, który został niedawno przerwany czymś obcym i niepasującym. Tak, jak by ktoś wkładał widelec od grilla w żyjące beztrosko na łonie przyrody mrowisko.


Oficjalne źródła podają, że w Zambii można zetknąć się z 22 językami. W rozmowie z tutejszymi dowiaduję się, że jest ich nawet siedemdziesiąt. Gdyby to pomnożyć przez wszystkie współczesne państwa Afryki, dałoby to setki, jeśli nie tysiące języków. Można wyobrazić sobie Afrykę jak arkusz papieru w kratkę formatu A-0. Każdy półcentymetrowy kwadracik to grupa ludzi, których łączy wspólne terytorium, język, tradycje, wierzenia, krew i prawa. Grupa, która przez swoją strukturę i funkcję mogłaby być definiowana jako kraj, albo nawet państwo. Grupa, która żyje bezpiecznie swoim życiem, wiedząc, kto jest wrogiem, a kto sojusznikiem. Grupa, która doskonale wpisuje się w harmonię otoczenia. Która wie, jak z tego otoczenia korzystać i co mu ofiarować. 


Równo pięćdziesiąt lat temu Zambia odzyskuje niepodległość. Podobnie, jak większość obszaru Afryki środkowej i południowej. Niezmienione, zachowane w kolonialnej formie państwa, dostają się w ręce uciskanych przez Muzungu, rdzennych mieszkańców kontynentu. Dają początek walce o władzę: walce o "mieć"i "być", tak jak biali "mieli" i "byli". A teraz raczej, jak biali "mają" i "są". 

Widać to po zachodnich sklepach, na które nie stać przeciętnego Zambijczyka. Widać to po nieudolnej biurokracji w urzędach, kiedy od czerwca czekamy na podpisanie zgody na pracę wolontariacką. Po tym, że przy zakupie karty do telefonu musimy okazać paszport. Widać to po złośliwości na granicy, kiedy dostajemy wizę biznesową na miesiąc bez możliwości przedłużenia pobytu. Widać to po zakupie dobrego samochodu z klimatyzacją i uwadze skierowanej do nas, że w Europie taki samochód to "śmieć". Słychać to po komentarzach "Jestem głodna, chcę banana" i "Podobają mi się twoje szorty, daj mi je, kupisz sobie drugie" od osób, które nie wyglądają na najbardziej potrzebujące. Dają nam o tym znać obchody święta niepodległości, kiedy zakładamy zambijskie chitengi, a reakcją okazuje się śmiech. Kiedy wszyscy chcą zrobić sobie z nami zdjęcia i szarpią nami, jak białymi misiami przechadzającymi się w celach komercyjnych po ulicach europejskich miast.


W rok jubileuszu odzyskania niepodległości, niespełna tydzień po uroczystych obchodach, media z RPA podają informację o śmierci prezydenta Zambii. Następnego dnia potwierdzają to zambijskie źródła. Prezydent umiera w Londynie, był w trakcie leczenia raka. Oficjalnie informacja zostaje przekazana dzień po jego śmierci. Nieoficjalnie mówi się, że umarł ponad miesiąc temu, jeszcze przed obchodami święta niepodległości, ale nie chciano o tym informować społeczeństwa. Ma to być podyktowane obawą przed dezorganizacją państwa i zamieszkami. Nie chciano też zaniechać obchodów jubileuszu. Pięćdziesiąt lat po odzyskaniu niepodległości od kolonializmu, pieczę nad Zambią obejmuje BIAŁY wiceprezydent.


Pierwszego listopada ciało prezydenta dolatuje do ojczyzny. Pożegnanie na miarę głowy państwa niczym nie odbiega od tego u nas. Wojsko, państwowa orkiestra, składanie wieńców. Transmisja telewizyjna gromadzi przed odbiornikami tych, którzy mają dostęp do miejsca z potrzebnym do odbioru sprzętem. Jednak nie każdy ma ten przywilej. Nie wszyscy też mówią po angielsku. Gdzieś głęboko w buszu są jeszcze tacy, którzy o niczym nie wiedzą. Którzy nie żyją krzykiem polityki, ale naturalną afrykańską harmonią. Przynależni do ziemi i natury, nie do granic.


Po hucznych, radosnych obchodach rocznicy niepodległości, Zambia zamiera. Wspomina wczoraj, boi się o dzisiaj, i pyta o jutro.